sobota, 25 kwietnia 2015

Tak jakby bezpańskie i dzikie. Kastracja?

Biją się nadal. Ten Grubas nie daje Rudemu do domku wchodzić. Czasem boję się tych dźwięków.

Minął prawie tydzień a one nadal się kłócą, co prawda nic sobie nie zrobiły. Boję się, że będę musiała je odseparować. A przecież straszna szkoda, bo będą takie same...

Oswajanie idzie całkiem dobrze. Jak zwykle ode mnie uciekają, ale jestem dobrej myśli. Oswajanie odbywa się na moim biurku, kładę na nim kuwetę klatki i zajmuję się sobą. Robiąc coś przy komputerze praktycznie się nie ruszam, więc to chyba dobrze. Czasem biorę słonecznika łuskanego i wyciągam rękę. Nie mam pojęcia w jakim tempie przy takim sposobie zajmie nam zawiązanie przyjaźni. Ale ja jestem cierpliwa, specjalnie mi się nie spieszy. Na razie przyjęłam taktykę, że to jak rybki. Na razie patrzę.

Dziś piątek. (po 12, więc sobota), więc dużo im czasu poświęciłam Jak skończę pisać, to odstawiam je na półeczkę.

Normalnie są uważne, ale teraz rudy spadł z biurka. Myślałam tylko, że czarny, bo jest mniej zaradny i się poślizgnął, ale teraz to już nie wiem. One tak specjalnie?! Kamikadze... Powinny być japońskie w takim razie?

Są takie mega słodkie... Chciałabym wreszcie, żeby się mnie nie bały.

Jak tylko dorwę telefon brata, to wstawiam zdjęcia.

Właściwie nie wiem jakiej są rasy, bo pani P nie mówiła w sumie, a ja się nie zapytałam...

Miałam się odezwać jak sobie radzą, nie odezwałam się, ale pani P też nie...

Myszki są fajne, reagują głownie na zapachy i wyczuwają, że mam słone ręce na przykład. Są strasznie nerwowe, masz wrażenie, że wiecznie się czegoś boją, robią prison break, ale nie przerwa na pszenice. Są bardzo ciekawskie i reagują nerwowo na ruchy. Jakiekolwiek. Muszę się bardzo wolno poruszać, żeby czarny się nie przeraził i nie czmychnął do tubki.

Modlę się, żeby tylko to kichanie nie wróciło i się okazały zdrowiutkie. Może jednak to ogłoszenie na tablicy to była jakaś farsa... Nawet jeśli, to dobrze, że zabrałam je siebie.

Niektóre dziewczyny na forum są strasznie wylewne i sentymentalne, co do swoich myszek. Chyba wybrałam złego zwierzaczka, bo jakoś nie mam wewnętrznej ochoty nazywania ich moimi ogonkami, pysiami i śmierdzioszkami, jak o nich piszę. Zwierze to zwierzę, a nie dziecko. Haha, pomyślałam, że może brak mi instynktu macierzyńskiego! Naturalna selekcja, w takim razie wyginę!

Tak sie zastanawiam czy ich nie kastrnąć, bo może przestały by tak śmierdzieć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz